zmęczona odpoczywaniem

narzucony przez pogodę ostry rygor wypoczynkowy umęczył mnie już okrutnie. Wszystkie najgorsze przewidywania wróży sprawdziły się w najmniej przyjazny rowerzystom sposób. Od tygodnia codziennie leje w trybie nieprzewidywalnym. Znienacka zupełnie znikąd pojawiają się ściany deszczu – nadciągają w sekundę, uciec nie sposób. Oczywiście były też przypadki „stabilne” – wielogodzinnych opadów ciągłych ale raczej trwa nieustanna zabawa w kotka i myszkę. Albo raczej ciepło-zimno. Sucho-mokro. Co oznacza, że nawet jak nie pada pojechać dalej nie ma jak. Bączki wokół komina przypominają mi moje rowerowe początki, kiedy cieszyło każde 500 metrów, znacząco poprawiając dzienne osiągnięcia. Dziś też cieszy, ale jednak nie tak samo:))
Mimo tej masakry każdego dnia udało mi się jakąś nędzę skręcić, więc nadal jedynym dniem bez roweru pozostaje w tym roku niechlubny 1.02:))) 

  • DST 36.42km
  • Czas 01:42
  • VAVG 21.42km/h

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *