tour de Nasielsk 2018

zbliża się nieuchronnie zapowiadane przez wszystkich wróży długotrwałe załamanie pogodowe. Ponoć już od jutra lać ma beznadziejnie przez dni wiele (albo nawet jeszcze dłużej). Po wczorajszym lajtowym i króciutkim wypadzie do Sierakowa dziś postanawiam zatem wykorzystać ostatnie suche chwile. 
Odwracając końcówkę niedzielnej trasy pułtuskiej zaczynam od kobiałkowych opłotków i przez Stanisławów i Aleksandrów dojeżdżam nad Zalew,

gdzie oprócz kilku znudzonych i prawdopodobnie mocno przeżartych po weekendzie łabędzi nie ma absolutnie nikogo. Zaopatrzona w kawę z pobliskiego O (Orl…:) spędzam tu kilka miłych chwil i postanawiam jakąś większą kulinarną przyjemność sobie zafundować. Dawno nie odwiedzałam Okonia. Czy ja w ogóle byłam tam w tym roku??? Najwyższa pora zaniechanie nadrobić.

W Okoniu melduję się jako pierwszy dziś klient parę minut po 9. Na rybkę za wcześnie ale na pierogi z jagodami dobra jest każda pora. Zwłaszcza na TE pierogi. Rewelacyjne, jak zawsze. Można jechać dalej:))
Przez Marynino do Nasielska i dalej do Strzegocina i Świerczy,

gdzie czeka mój ulubiony punkt programu eksploatowany ostatnio do granic – sześciokilometrowy zjazd do Nowego Miasta po nowiutkim asfalciku i przez las:))

W NM miło posiedzieć nad wodą (omijajcie w niedziele – w tym roku jakaś powstała inicjatywa diabelska i we wszystkie niedziele lata odpalany jest około południa mega piknik, grile, artyści pieśni i tańca, etc. Specjalnie w tym celu został na stałe wygrodzony okazały plac, widać że sprawa to poważna, żadne żarty). Dziś luzik, nikt nawet na wyrwiłapkę nie reflektuje

i można cieszyć się ciszą z odległym szumem samochodów i gdzieś tam w tle toczących się spraw. Lubię taki klimat.
Przez Cieksyn docieram nad Wkrę, gdzie dla odmiany jest zupełnie weekendowo, bar Wiosełko serwuje typowo plażowe kawałki, parasole okupowane a i na rzece ruch niemały.

Pamiętam jak byłam tu pierwszy raz w 2010 (co wtedy wydawało się mega wyprawą – wyjazd nad Wkrę, ponad 40km w jedną stronę ŁAAAAŁŁŁŁ), kajaki dopiero niemrawo ruszały, ciężko było kogoś zobaczyć na rzece w tygodniu a i w weekendy też szału nie było. Fajnie się to wszystko rozwinęło. 
Do Pomiechówka jadę jak zawsze ostatnio przez Goławice, oprócz super drogi

można tu czasem liczyć na ekstra bonus – zakup prostu z krzaka zerwanych borówek z przydrożnej plantacji. Czasem otwarte, czasem nie. Dziś nie:((
Żeby nie psuć fajnego wyjazdu mordęgą przejazdu przez wiadukty i mosty NDM i ominąć rozpadliny Rolniczej kończę trasę na stacji w Modlinie. Tu czeka mnie ostatnia atrakcja – test aplikacji do zakupu biletów. Gdyby nie zadziałała to backup w postaci kasy na dworcu (podwójny, bo jest też biletomat) mam zapewniony. Działa i oczywiście żałuję, że odkryłam ją tak późno uparcie tkwiąc przy swoich analogowych wyborach. Bo nie na każdej stacji jest kasa a wymóg wsiadania w sytuacji nie posiadania biletu pierwszymi drzwiami bywa niedogodny. Aplikacja nie jest doskonała (że się tak ekspercko wypowiem z poziomu jednorazowego doświadczenia) ale wygodę podróży zapewnia.

  • DST 133.79km
  • Czas 06:10
  • VAVG 21.70km/h

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *