Wielkopolska jednodniówka

absolutnie nieoczekiwanie pojawiła się przestrzeń na zdobycie porcyjki kilometrów w nie odkrytych jeszcze przez niebieskiego rejonach Wielkopolski. Wylądowałam co prawda tak blisko terenów, które znam (znam jak znam – raz byłam:)), że pojawiła się pokusa przypomnienia sobie przetartego już szlaku – jednak ciekawość eksploracji  wzięła górę i zdecydowałam ruszyć po nowe.
Mam szansę obejrzeć odwiedzone kilka lat wcześniej od strony Powidza i Ostrowa jezioro Powidzkie z nieznanej, południowo-wschodniej strony. Obieram zatem drogę Słupca-Giewartowo, która na mapie widnieje jako asfalcik wybitnie lokalny i mam nadzieję na pustkę, ciszę i spokój. Cóż…

pustka trafiła mi się owszem na zdjęciach, ale prawdę mówiąc ruch był zaskakująco duży. Żadnego tam co prawda sznura ciężarówek (chociaż kilka się trafiło), ale osobówek mnogość wielka. A że asfalcik wąziutki i mizernej w dodatku jakości to początek wielkopolskiej wyprawy niezbyt życzliwie wspominam.
Za to Giewartów

niedogodności wynagrodził. Dostęp do jeziora jest, ja znalazłam taki bardziej dziki (ulicą Labiryntową, prostą jak drut:))) ale jest i duża plaża. Z Giewartowa planowałam jechać w górę na Budzisław (droga na Wilczyn) ale uczynny lokalny język podpowiedział, że  tam jakość drogi nie najlepsza ale wylano całkiem nowiutki asfalcik w kierunku na Ostrowite. Wybór był bardzo prosty. I nader trafny:))

Szybciej niż zakładałam ląduję zatem na wojewódzkiej 263, ale nie żałuję ani przez chwilę. Nawierzchnia momentami zupełnie nowa, kilka odcinków starszych ale wiele zarzucić im nie można. Może tylko widoki mogłyby być nieco bardziej atrakcyjne…

dymiący Konin nie zachęca do odwiedzin, cieszę się że mijam go bokiem. 
Ślesin wita przyjaznym Orlenkiem, just in time bo bardzo się już stęskniłam za porcyjką czekolady. Biorę na wynos licząc na jakieś przyjazne miejsce do krótkiego odpoczynku i znajduję coś naprawdę fajnego. Łatwo trafić. Trzeba tylko przejechać przez TO 

(cały czas przy drodze 263) i trafia się na

takie oto super fajne miejsce. Czekolada smakowała wybornie:)))

Będąc tak blisko nie mogę zaprzepaścić okazji zobaczenia bazyliki w Licheniu. Ze Ślesina to tylko 9km a bazylika ukazywała się już wcześniej, ładnych kilka kilometrów przed Ślesinem. Przyswoiłam z Wiki cyfry kubaturowe więc spodziewam się, że budynek (???) mały nie będzie, ale to co widzę mnie po prostu powala.

Gdybyście nie zauważyli – to jest wjazd na PARKING!! Parkingów jest kilkanaście, a może dwadzieścia kilka. Po piętnastym odechciało mi się liczyć. Nie wszystkie są takie imponujące, część to po prostu podwórka okolicznych zabudowań. Gdyż bazylika leży pomiędzy polami w środku niewielkiej wsi – która wciąż jest niewielka więc w czasach PRZED BAZYLIKĄ musiała być doprawdy mikra. Obecnie składa się głównie ze straganów z tzw. pamiątkami oraz plastikowych stolików i krzesełek tworzących szybkożerne przybytki. 
Bazylika – no cóż. Co się komu podoba. Jednego odmówić jej nie można. Nie jest wielka. Jest PRZEOGROMNA.

Ponieważ na kochamrower.net  staram się konsekwentnie ograniczać  swoje relacje  do spraw nazwijmy to sportowo-turystycznych rozważania na temat czy naprawdę nie było pomysłu na wydanie tej góry kasy na bardziej zbożny nomen-omen cel zachowam i tym razem dla siebie:))

 mapa – a właściwie mapka:))

  • DST 59.03km
  • Teren 0.60km
  • Czas 02:38
  • VAVG 22.42km/h

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *