tour de Pułtusk 2018

dnia „po trzysetce” ciekawa byłam bardzo. Przyjechałam w tak zaskakująco dobrej formie, że były spore obawy jakie też będzie moje samopoczucie the day AFTER (zgodnie z zasadą, że kiedyś trzeba szaleństwa odchorować). Otóż niekoniecznie:) Mocy wielkiej może nie było ale wsiadłam na niebieskiego BEZ PRZYKROŚCI i 20 rozjazdowych kilometrów problemem nie było. Był nim natomiast dramatyczny wręcz, duchowaty upał który dosłownie zbił mnie z nóg zaburzając właściwą ocenę poziomu potrzysetkowego wyczerpania. Jakikolwiek by więc poziom ów nie był  – nie trwał długo, bo następnego dnia zrobiłam już przyjemne 60 a kolejnego ponad 100. I poczułam się gotowa do kolejnej nieco dłuższej trasy:)))
Po wielu dniach pięknej pogody niedziela wita mnie deszczem. Już zapomniałam, że takie mogą być przeszkody w realizacji rowerowego planu. Przyjdzie się znowu pogodzić ze zmiennością aury, bo od przyszłego tygodnia wróże zapowiadają pogodę nieprzewidywalną. Czyli – ma padać, nie wiadomo tylko kiedy:)) Tym bardziej więc chcę wykorzystać dzisiejszy dzień – padać ma tylko rano. Trochę wątpię w sens przygotowań do wyjazdu bo o 5 leje jak z cebra, ale mapy radarowe dają nadzieję na rychłą poprawę. Na stację jadę jeszcze w celofanowych ochraniaczach na buty i gustownym, plastikowym opakowaniu czapki do kompletu – ale w Ciechanowie po deszczu już tylko mokre ślady na jezdni zostały. Bingo!
Odkąd Ciechanów zakończył dramatycznie rozwlekłe drogowe remonty, zaczęłam go w swoich rowerowych peregrynacjach uwzględniać znacznie częściej. Fajna jest to wypadowa baza, ale sam pomysł Ciechanów-Wawa to dziś dla mnie za krótko. Oglądanie mapy (dla nie zorientowanych: analogowy, papierowy wynalazek w postaci nieporęcznej płachty; w mojej ulubionej wersji mapy wojewódzkiej dający „helicopter view” i pokazujący bogactwo przejazdowych opcji:)) nie pierwszy raz jest dla mnie natchnieniem i przynosi POMYSŁ. A gdyby tak połączyć dwa nie zetknięte do tej pory ze sobą światy moich rowerowych wypraw? Ciechanowski i ostrołęcki? Przez Pułtusk? Brzmi jak plan. Fajny plan:))
Pierwszą część trasy jadę na pamięć. Z Ciechanowa do Gołotczyzny, przez Sońsk do Gąsocina (porzuciłam już na dobre przejazdy przez Koźniewo, zwłaszcza odkąd za Sońskiem przybył kolejny odcinek nowego asfaltu i kawałka wyboistego już naprawdę niewiele zostało – może też wkrótce zrobią) i odkrycie tego sezonu czyli 9km Gąsocin-Klukowo, najpierw przez piękny las 

a jak las się skończy to po pięknym asfalcie:))
Z Klukowa do Świerczy  – łatwo trafić

i do Strzegocina. Skąd już prosta droga (620) do Gąsiorowa i dalej do Pułtuska. Tu spotyka mnie fantastyczna niespodzianka – brak garbów między Strzegocinem a Gąsiorowem! 

Jak szybko się uwinęli! Przecież całkiem niedawno jechałam tędy wracając z Ostrołęki męcząc się dramatycznie a tu dzisiaj taka miła odmiana.  Okropna droga 620 zyskała tym samym całkiem nowe i bardzo sympatyczne oblicze, na odcinku 30km Nowe Miasto-Przewodowo zostało jeszcze trochę garbów tylko na odcinku ok 3km Strzegocin-Świercze. Ciekawe, jak też wygląda wjazd do Pułtuska (ok 7km) od strony Przewodowa. Dziś się o tym nie przekonam, bo w Gąsiorowie skręcam w prawo w opłotki, na Bulkowo. Jechałam tędy raz, dwa lata temu – w ramach Kozioł Tour. Pamiętam, że było fajnie. Dobrze pamiętam:)

Z Bulkowa do Pułtuska można jechać przez Lipniki albo Płocochowo. Lipniki sprawdzę next time, bo Płocochowo mnie zawiodło proponując odcinek enduro,

najpierw krótki i całkiem przejezdny nawet na cienkich oponkach a następnie wyprowadzając na bardziej konkretne piachy. Z której to propozycji nie skorzystałam uciekając na nasielsko-pułtuską wojewódzką i tędy właśnie (przez Jeżewo) wjeżdżam do Pułtuska.

Na zdjęciach wygląda fajnie,

ale wrażenie „na żywo” nader średnie. Zapyziałość i nieświeżość wyziera nawet z „reprezentacyjnych” okolic rynku, żeby nie powiedzieć, że ZWŁASZCZA z tych okolic. Bruk pozapadany jak na górniczym osuwisku, brudnawo i – co absolutnie najgorsze – stada bezczelnych obrzydliwych gołębi siadających na knajpianych krzesłach a nawet stołach i nie przejmujących się zupełnie obecnością ludzi. Źle wspominam rynek, trzeba poszukać jakiegoś fajnego miejsca na popas nad rzeką może? 
Z Pułtuska łatwy wyjazd kładką pieszo-rowerową na Obryte,

a po kilku kilometrach porzucam eksplorowane już kiedyś okolice Obrytego (18.07.2012) i wkraczam w nowe dla mnie rejony gminy Rząśnik

i zbliżam się do linii kolejki Ostrołęka-Wyszków. Zaraz za Rząśnikiem jest Porządzie, które daje szerokie spektrum dalszych możliwości. Można stąd pojechać do Somianki (omijając Wyszków) i nader urokliwymi asfalcikami wzdłuż rozlewisk Bugu wracać do Wawy przez Serock i Zegrze (piękno tych terenów opisałam 30.04.2017). Można też jechać dalej prosto do Dalekiego (które jest stąd bardzo już bliskie:))) – to jest one way ticket bo według mojego rozeznania w Dalekim asfalt się kończy, jest za to stacja wzmiankowanej ostrołęckiej kolejki. Czujnie trzeba jednak bytność w Dalekim planować, jako że Ostrołęka to nie Ciechanów, pociągi nie jeżdżą tu co godzina a znacznie (ZNACZNIE) rzadziej. Można również obrać skręt w prawo i dojechać do Wyszkowa. Co też było dziś moim wyborem.
Pierwotny plan zakładał próbę poszukiwania opcji przebicia się z Wyszkowa do Kamieńczyka, celem kontynuowania jazdy trasą wzdłuż Liwca przez Urle opisaną 20.05.2018 (czy ja byłam już WSZĘDZIE???:))) i zakończenia wycieczki na jakże przyjaznej stacji w Tłuszczu, skąd pociągi do Wawy ruszają średnio co pół godziny. 
Z Wyszkowa zapamiętałam głównie łatwość przejazdu – trzeba jechać cały czas prosto (po drodze jest dworzec skąd w sytuacji emergency też można łowić ostrołęcki pociąg) i wyjeżdża się przez jakże atrakcyjną miejscówkę TUMANEK prosto na serwisówki S8 (i stację Lucynów, tak tak zgadliście – kolejna odsłona linii ostrołęckiej). Serwisówki jak wiadomo mają magiczną moc przyciągania, tak i przyciągnęły mnie i dziś, wciągnęły i wessały pozbawiając Kamieńczyka z Urlami. Gdyż do Tłuszcza można się dostać również przez Niegów, do którego to Niegowa wiodą wspomniane serwisówki. Nie jest to ta jakość co serwisówki przy S7 (asfalt fajny, ale wąskie), niemniej śmiga się przyjemnie. I właśnie jak już byłam prawie w Niegowie a od Tłuszczyka nie więcej  niż kilometrów 10 w głowie mojej zrodził się kolejny plan. Który okazał się SUPER PLANEM MEGA:)))
I otóż z Niegowa nie skręcam wcale na Tłuszcz. Nie w lewo. W prawo. To się nazywa prawdziwie odważna modyfikacja!
Przypomniałam sobie bowiem, jak o trasie do Ostrołęki opowiadał Cyborg zachwalając kuligowsko-niegowskie klimaty. To również ulubione ścieżki J, który rzadko się myli w swoich rekomendacjach. A poza tym – last but not least – jedzie się tak świetnie że po prostu żal mi dzisiejszą wycieczkę zjazdem na dworzec kończyć. 
Już pierwsze kilometry utwierdzają mnie w przekonaniu, że dobrą podjęłam decyzję.

Asfalty niezłe, cisza, ruch zupełnie żaden – niezwykle przyjemna jazda. Przez Słopsk, Dręszew i Kowalichę docieram do Kuligowa, w którym znajduje się słynny skansen. Skansenu nie odwiedzam, bardziej ciekawi mnie bliskość Bugu – w Kuligowie droga biegnie tuż obok rzeki i ciekawe można zaobserwować wodne obiekty:)))

Z Kuligowa przez Załubice dojeżdżam do Rynii, gdzie czeka mnie spotkanie z weekendową cywilizacją i zupełnie innymi obiektami pływającymi – w jakże atrakcyjnej scenerii powoli zachodzącego słońca:)

(zanim skręcicie do Rynii warto zajrzeć do pobliskiego Arciechowa, zagłębia pięknych kilkusetletnich dębów. O czym oczywiście już kiedyś pisałam a było to 3.06.2012:)))
Dojazd nad Zalew od strony Rynii i Białobrzegów pozwala właściwie uniknąć weekendowego tłoku i chyłkiem przemknąć bokiem. Nawet powrót do Wawy (przez Stanisławów i Aleksandrów) nie był męczący, wyjątkowo mało samochodów jak na czas kończącego się weekendu. 
Trasa fajna, urozmaicona, praktycznie cały czas bocznymi asfaltami dobrej jakości ale z niskim natężeniem ruchu. Dodaję do ulubionych:)))

do tej wycieczki jest mapa

  • DST 175.97km
  • Teren 1.10km
  • Czas 08:39
  • VAVG 20.34km/h

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *