Projekt Dojczland 2019 – dz1

Poranne Goerlitz ma sporo uroku,

nie na tyle jednak, żeby zatrzymać mnie na dłużej. Robię szybki skan starego miasta, które okazuje się dość głośne i ruchliwe – ruszam więc w poszukiwaniu strzałek, które gdzieś tu powinny być… O!

Niechęć moja do ścieżek rowerowych jest znana powszechnie, daję się jednak skusić obietnicy „szerokiego, asfaltowego szlaku rowerowego wzdłuż Odry i Nysy” – jak to gdzieś w necie wyczytałam. Otóż istotnie taki on właśnie jest.

Jest też pusty i nudny jak flaki z olejem. Podobnie więc jak autor czytanej przeze mnie relacji ja też wykorzystuję pierwszą okazję, żeby wyrwać się w kierunku cywilizacji. Miasteczko Rothenburg.

Jest spożywczak, jest też cukierenka i niezła kawa. Nawet nie przypuszczam, jaki  nadzwyczajny napotkałam luksus. Przekonam się o tym już niebawem, tymczasem dziwi mnie nader uboga oferta sporego całkiem sklepu, gdzie próżno szukać czegoś innego nadającego się do picia niż woda. Nie mówię już o izotonikach (mam ze sobą spory zapas torebek ze Strefy Mocy), ale ŻADNYCH SOKÓW.  ???????
Zachęcona estetyką miasteczka  (jak również kawą i ciasteczkami) korzystam z pięknego, równiutkiego asfaltu. Ruch niewielki, jedzie się fajnie, aż tu nagle wzdłuż asfaltu pojawia się… ścieżka. Ile mandat za ścieżki ignorowanie wynosi w Dojczlandzie nie wiem ale niespecjalnie chcę się dowiedzieć. Na ścieżkę zjeżdżam, różnicy dużej w jeździe nie dostrzegam – ta sama gładkość asfaltu. I tak powoli, niepostrzeżenie ścieżka mnie wciąga i nagle znowu jestem wzdłuż znajomych strzałek:))) Krajobraz jednak zmienia się zasadniczo. Jest przepięknie.

Nigdy nie doświadczyłam czegoś podobnego. Rewelacyjnej jakości ścieżka biegnie tuż nad rzeką i nawet w ciągnących się kilometrami odcinkach leśnych jej nawierzchnia pozostaje super gładka. Konarowe wybrzuszenia zdarzają się dosłownie kilka razy, poza tym – stół. Ale na stole niestety – nic do picia. Szlak jest gastronomiczną pustynią, chociaż to środek wakacji i rowerzystów jedzie nim całkiem sporo. Dzielnie pedałują nawet kilkulatki, jadą też rodziny z przyczepkami. Zaczynam podejrzewać, że w tych przyczepkach wiozą bukłaki z wodą i bułki. Kilkukrotne „wychynięcie na powierzchnię” nic nie daje. Są domy, jakieś malutkie miejscowości ale nie ma absolutnie żadnych sklepów. Temperatura powoli sięga czwórki z przodu, słońce pali, zapasy się kończą kiedy dostrzegam szansę przedarcia się mostem na polską stronę. Kilkaset metrów kładki jest drogą życia:))) Sklepik malutki ale picia wszelkiego w nim dużo. Oaza nazywa się Przewóz:))

Ostatnie kilometry do Bad Muskau mijają szybko

i już jestem przy znanym mi ze zdjęć zamku. Musiałam go zobaczyć, zwłaszcza po tym jak przeczytałam historię „twórcy” – księcia Puecklera, o którym mówi się „ekscentryk, rozpustnik, a stworzył COŚ TAKIEGO”:)) Istotnie, dzieło jest jedyne w swoim rodzaju, jakby prostu z Disneylandu. Warto zobaczyć. Stoi w cudnym, ogromnym parku, z prawdziwie gigantycznymi drzewnymi okazami. Drzew i krzaczorów wszelkich dużo, są też konie, bryczka… Picia brak, żadnej najmniejszej budki z jakąkolwiek gastronomią nie uświadczysz. Widzicie taką sytuację w Polsce???
Wysysając ostatnie wodne krople opuszczam definitywnie O-NRadweg (bez skojarzeń!), który biegnie dalej aż do Świnoujścia (ciekawe czy jakość taka sama na całej długości??) i wyjeżdżam w stronę Hoyerswerdy. Ciekawi mnie to miejsce, na mapie tonie w zieleni w otoczeniu jezior. Zastanawia jednak  brak ciekawych miejscówek noclegowych, wszystkie hotele słabe i żaden nie leży nad jeziorem… Nie wiedziałam, że sporo tych jezior to sztuczne zbiorniki, które powstały na potrzeby przemysłu, głównie elektrowni. Teraz już wiem a brak miejscówek nad jeziorem był dobrą wskazówką, żeby noclegu szukać gdzie indziej. Stawiam na Senftenberg, gdzie nad jeziorem o tej samej nazwie hotel jest:))) Na razie jednak zachwycam się faktem napotkania na wylotówce z Bad Muskau sklepu. Woda!!! Jest i sok, jakiś ohydny koncentrat w typie Dodoni (pamiętacie??) – smakuje jak bogom ambrozja:))) Wylotówka oferuje też ścieżkę, chociaż to już żadna turystyczna okolica. 

Ścieżka jest przy asfalcie przez następnych kilkadziesiąt kilometrów, zdarzają się odcinki słabe (krótkie), ale w większości wygląda tak:

Sklepu już nie napotkam, pewnie jest gdzieś w Hoyerswerdzie, ale tuż przed miastem trafiam na stację, gdzie obkupuję się jak Hołowczyc przed rajdem Dakar. Sok nędzny jakiś jest, izotoników żadnych. Skoro czytacie tę relację to znaczy, że jakoś jednak udało mi się przeżyć – głównie dzięki zachomikowanym z wczorajszego POLSKIEGO dnia zapasów, spożytych na przygodnie napotkanej ławce.

Takiego „wyposażenia” się w Dojczlandzie nie spodziewałam:))) Nie jest to moje ostatnie zdziwienie w dzisiejszym dniu. Gdyż…
Nad jezioro Senftenberg docieram w ostatniej widnej chwili.

Cieszę się, że jest dopiero 21, cały piękny wieczór przede mną. Upał zelżał ale jest nadal fantastycznie ciepło – 28 stopni! W takich warunkach kolacyjka nad jeziorem – to jest to! Jest – gdyby była. Bo 21 to już okazuje się czas gaszenia świateł, nie tylko tych słonecznych. Namierzam piękny taras włoskiej knajpki – właśnie zamykają. Moja hotelowa restauracja z tarasem równie atrakcyjnym – już od pół godziny zamknięta na głucho. Więcej miejsc nad tym ogromnym jeziorem nie ma. Po prostu nie wierzę. Pozostaje nocna runda przez sympatyczne skądinąd miasteczko, gdzie knajp wszelkich sporo. Tak, tak – wszystkie zamknięte. Fuksikiem trafiam na Irish pub – tu wiadomo, otwarte. I nawet całkiem smakowicie zupełnie nie irlandzkim makaronem nakarmili. Wino też jakby z innej części świata. Głód zniknął, zdziwienie pozostało…

mapa tutaj. Mniej więcej bo trochę bikemap marudził, jak zwykle

  • DST 154.49km
  • Teren 2.10km
  • Czas 08:12
  • VAVG 18.84km/h

 

5 przemyśleń nt. „Projekt Dojczland 2019 – dz1

  1. Elizko – znam te okolice, byłem tam na rowerze. Te jeziora to zalane wyeksplatowane kopalnie odkrywkowe węgla brunatnego.

    1. No właśnie:)
      zadziwiasz mnie – co ja odkryję to okazuje się, że już tam byłeś:))) No i jak wrażenia? Jaka Twoja trasa była? I kiedy?

      1. Myśmy mieszkali w Brodach i jeździliśmy wzdłuż Nysy zarówno po stronie polskiej jak i po niemieckiej. Zwiedzaliśmy szczegółowo. Np po polskiej stronie naprzeciw Forst są Zasieki, gdzie w lesie kryje się niebywała niemiecka fabryka z czasów wojny. Perony miały dach, a na dachu drzewa rosły, aby lotnicy nie widzieli. W Niemczech raz wsiedliśmy do pociągu, by pojechać i zwiedzić Spreewald (Błota po serbo-łużycku). Widzieliśmy też smutne pożeranie przez odkrywki węgla brunatnego wsi, kościołow, rzek itd Byliśmy też na Łuku Mużakowskim, gdzie po kopalniach została kupa jeziorek. Dużo by pisać, byliśmy tydzień i jeździliśmy sporo – oczywiście w Bad Muskau u Puklera także. Było to zaraz po przyłączeniu nas do Schengen, więc ta ciągła możność przekraczania granicy bardzo nas fascynowała i radowała po latach życia w ustroju, gdzie granica to była kurewska bariera.

        1. to ja tyle lat żyłam w mylnym przekonaniu, że Ty jesteś organicznie niezdolny do używania WYRAZÓW?!
          :)))
          od Schengen dużo wody w Nysie upłynęło a ja i tak jeszcze teraz czułam na plecach dreszcz przejeżdżając swobodnie przez zgorzelecki most. Pewnych rzeczy zapomnieć nie sposób

          1. Elizko! Co Ty? Ja niezdolny do używania tzw wyrazów? Używam czasem. Jestem normalnym człowiekiem. Dziś byłem nad Bugiem, gdzie bezkresne łąki i cisza, a czasem stada krów ciekawych ras – np krowy całkiem białe itp

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *