treningowo

bardzo dziwny dzień. Zazwyczaj pieczołowicie planuję weekendową aktywność, bo czasu wolnego mało, trzeba go zatem wykorzystać i wycisnąć na maksika. No cóż, dzisiaj nie bardzo się to udało. To znaczy – wyciśnięcie się w zasadzie powiodło, ale plany trochę się minęły z rzeczywistością. Ostatnio niestety panuje generalnie taki trend w moim życiu, że sprawy się trochę poza mną toczą co średnio mi pasuje, ale nie przestaję wierzyć, że to chwilowe i niedlugo minie. W końcu fajnie jest mieć jakiś wpływ na dookolną rzeczywistość, a ile czasu mozna odrabiać tę samą lekcję pokory:)
Ruszyłam rano (bardzo rano jak na niedzielne rano:)) na szybki rozgrzewkowy trening przed turniejem, na który cieszyłam się bardzo, bo zaczynam już chyba odczuwać znużenie rowerem (zwłaszcza odkąd znowu jeżdżę sama) i napiętym rowerowym sezonem. Pogoda była piękna przez 2 godziny a potem zaczęło kropić, mocniej i mocniej aż mnie w końcu namoczyło solidnie, co do tej pory jest dla mnie pewnym zaskoczeniem biorąc pod uwagę prognozy i pogodowe zachwyty przepowiadaczy wszelkich. Potem się okazało, że turnieju dziś nie będzie – a ja tu w nastawieniu na mega power no i jeszcze w międzyczasie znowu wyszło słońce… no więc dokręt, wiadomo. Popołudniem przećwiczyłam akcję relaksik, kawka u Vincenta, ciasteczko etc. Ale jak już doczłapałam do Agrykoli to faza treningowa mi się włączyła i trochę jednak podciągnęłam średnią mimo niesprzyjających warunków pt jazda po mieście. Na Saskiej Kępie spotkałam kolegę, którego nigdy bym nie podejrzewała o to, że jeździ na rowerze. Ani nawet o to, że ma rower:) Naprawdę, bardzo dziwny dzień…

  • DST 113.27km
  • Teren 1.80km
  • Czas 05:26
  • VAVG 20.85km/h

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *