rowerowy urlop

nie, to nie jest to co myślicie. Nie jeżdżę sobie po słonecznej Teneryfie czy innym Cyprze. Rowerowy urlop oznacza odpoczynek OD roweru. A porzucenie roweru to najtrudniejsza do wykonania część treningu. Możliwa do realizacji tylko w wypadku totalnego załamania formy/choróbska bądź wobec dramatycznych warunków pogodowych. Forma po sezonie 2016 olimpijska nie jest ale gdyby pogoda się wreszcie nie zlitowała, to tak bym się jeszcze czołgała do absolutnego wyczerpania baterii. A że najpierw sypnęło śniegiem a potem zmroziło nader konkretnie (dwucyfrowe minusy w dzień) to korzystam z okazji – może jakoś akumulatorki podładuję. No i tego wrednego achillesa wreszcie muszę wyleczyć. Niby panowie w białych kitlach jeździć nie zabronili, ale achilles swoje wie. Zgłasza permanentnie przeciążenie i leczyć się nie chce. Marcin, który jest moim absolutnym terapeutycznym guru obśmiał się jawnie na moje pretensje ŻE JUŻ PIĘĆ DNI NIE JEŻDŻĘ I NIC. I zasugerował rozważenie odstawienia roweru na 2 tygodnie. No to rozważam…

3 przemyślenia nt. „rowerowy urlop

    1. a dlaczego? zdrowie przecież dopisuje? dziś był mój DZIEWIĄTY dzień bez jazdy. Trudne doświadczenie. Ale z nogą jakby lepiej…:)

  1. Od 13 grudnia jestem w Zakopanem 😉 wracam w niedzielę, ale z racji tego, ze ponoc w Wawie jest sporo śniegu, przerwa sie jeszcze wydłuży. Czas na narty biegowe 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *