Plan na dziś: Leipzig – Erfurt via Weimar. Burze nieobecne:)
Zaskakująco bezproblemowy wyjazd z Lipska – szerokie, prawie puste jezdnie z pasami rowerowymi, komfortowy przejazd przez ładny park, nie najgorsze ścieżki
i już po paru kilometrach miasto się kończy a zaczyna się wjazd w sieć porządnych i w większości z dala od jezdni zbudowanych dróg rowerowych.
Co ciekawe – nawet ten odcinek z płyt był zupełnie bez zastrzeżeń, całkiem gładki i bez problemu 26-27km/h można było jechać a zapewne i szybciej:)
Dosyć szybko pojawiły się też górki
i jak to na ścieżkach – krótkie ale intensywne wzniosy:) Trafił się też kawałek ścieżki – autostrady:))
Gdzieś za Naumbergiem ścieżki zbliżyły się do rzeki i okolice Bad Sulza
jechałam godzinami. Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia. Gdzie nie spojrzysz to gotowe pocztówki:))
Niestety również gdzie nie spojrzysz, tam nie ma sklepu i po jednym z bardziej jadowitych podjazdów w tym upale 33+
spożywam swój pierwszy w życiu energetyczny żel, zakupiony przezornie w Strefie Mocy specjalnie na niemieckie warunki (!!!), który okazuje się tak paskudny jak efektywny.
Brrrrr jakie świństwo. Ale zadziałał i do wyguglanego marketu w Apoldzie
pomógł się doczłapać. Mega stres zawsze rower z dobytkiem pod sklepem tak na widoku zostawiać, ale tym razem farcik – podjechało kilku wycieńczonych szosowców każdy ze składem pustych plastikowych butli na plecach, więc popilnowaliśmy się wzajemnie, wypiliśmy od razu pod sklepem po pierwszym pół litra i od razu dalsza droga
stała się łatwiejsza:))
Weimar
wydaje się bardzo fajny, ale bardzo szybko pojawia się bruk o najwyższej klasie telepania i bardziej trzeba iść niż jechać. Co trwa niestety trochę dłużej niż bym chciała i muszę zdecydować, czy zostaję na zwiedzanie i ogródkowanie a do Erfurtu łapię pociąg, czy jednak próbuję tam dojechać rowerem. Ponieważ jeszcze jeden pociąg mnie dziś czeka (o czym za chwilę) to jednak stawiam na rower bo ciekawa jestem tego przejazdu a też mam takie myśli, że i tak będę chciała tu jeszcze kiedyś wrócić. Więc nie muszę obejrzeć wszystkiego od razu:) To zresztą nie pierwsza taka myśl podczas tego wyjazdu, nie rzucam się na wszystkie dostępne atrakcje dość rozmyślnie zostawiając coś na zapas. Na następny raz. Albo razy:))
Trasa do Erfurtu to tylko trochę ponad 20 km i o ile fajnie się zaczyna to niestety słabo kończy.
Fajna droga, potem też fajna ale widok gorszy, a wreszcie już ani jedno ani drugie, kostkowa telepka przez nieurokliwe przedmieścia i rozkopane okolice dworca (ale to akurat nie było bardzo uciążliwe).
Sam dworzec i okolice bardzo OK.
Już dawno się nauczyłam, że w Niemczech dworce to niespotykane w tym kraju bogactwo zakupowych możliwości, więc ruszam na przeszpiegi i to co znajduję wprawia mnie w totalną euforię.
Hansen Obst! Owocowa sieciówka ze stoiskami na dworcach. Szybko sprawdzam, że i w Leipzigu i w Dresdenie obecna. W moich dwóch ulubionych miejscówkach już nigdy nie będę głodna:))) Ooooch, dawno nie jadłam tak pysznego mango. I w takiej ilości. Największy kubeczek:)
Mango planowałam zjeść w pociągu, ale zjadam na dworcu.
Mamy z Cellestynem bilet na Sprintera, z Erfurtu do Leipziga bez przystanków, poniżej 40 minut dowozi. Dowozi, jak przyjedzie. A przyjedzie, kiedy chce. Ostatecznie spóźnia się więcej, niż jedzie. Dokładnie 44 minuty. Wszystkie pociągi pospóźniane, głośnik cały czas o opóźnieniach informuje. Mam okazję posłuchać utyskiwań pasażerów wyrażających tęsknotę za czasami kiedy to pociągi nigdy się nie spóźniały. Podobno tak było.
Sprinter w końcu nadjeżdża, doceniam że apka na bieżąco informuje mnie o opóźnieniu i o tym w którym sektorze zatrzyma się mój wagon (i on rzeczywiście tam się zatrzymuje).
Jedzie rzeczywiście 39 minut.
Przed 20 jesteśmy w Leipzigu:))
- DST 136.99km
- Czas 06:50
- VAVG 20.05km/h
mapka ze stravy jest tutaj