prawdopodobnie ostatnie rowerowe wagary w sezonie (no oczywiście nie licząc zaplanowanych oficjalnych wagarów związanych z jakże bliskim wyjazdem nad morze:)). Wyjazd dał popalić, rano ledwie 2 stopnie, ta upojna temperatura utrzymywała się do południa, potem dwie krótkie chwile słońca po czym deszcz i niecałe 4 na termometrze… Dystans (mój absolutny kilometrowy rekord w takich warunkach) i tempo wskazują na miły fakt, że październikowy power jest ciągle ze mną, chociaż zmarzłam absolutnie podle, zwłaszcza oczywiście ucierpiały kopytka…
Trasa – standard do Janówka, potem niespodziewane elementy enduro związane z wylewaniem asfaltu w Wierszach (przypomniały mi się te koszmarne chwile ciągnięcia rowerka po plaży w Łazach… dziś szczęśliwie dystans ciągnięcia był trochę krótszy a i piach mniejszy:)), Roztoka, Leszno + pętelka przez Białutki i Wąsy – dawno tu nie byłam. Powrót oczywiście przez Dębinę. Tirów tym razem niestety całe mnóstwo, wkurzające, że stał kompletnie nie reagujący na ciężarówki radiowóz z radarem. Od Leszna padało, ale mój nowy jesienny strój dał radę (szkoda tylko, że tak niewyjściowo w nim wyglądam, taki typowo PRAKTYCZNY ubiór:)).
Warto podkreślić niezwykle dzielną postawę R, który nie tylko pozwolił się wyciągnąć w tę podłą pogodę, ale też ani razu nie wydał jęku dezaprobaty bądź zawodu:) Zapewnił też miłe i motywujące towarzystwo, nie wspominając już o stosownej porcji smakowitych węglowodanów. Czekał też na mnie cierpliwie kręcąc okoliczne pętelki, dzięki czemu Jego dystans wzrósł do prawie 140 km, co naprawdę w tych warunkach robi wrażenie…

  • DST 112.44km
  • Czas 05:27
  • VAVG 20.63km/h

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *