mazurska dwudniówka cz.1

nie bacząc na toczące się coraz bardziej emocjonujące mecze na US Open postanawiam wybrać się na mini wyprawkę. Wczoraj pojechałam sochaczewski lajcik, dzień był przepiękny i szkoda mi się zrobiło, że nie wybrałam się gdzieś dalej. A że straconych szans nie lubię żałować – to od razu po powrocie na wyprawkę zaczynam się pakować. Zestaw wyjazdowy mam opracowany, więc pakowanie trwa najwyżej kwadrans. To też w podjęciu decyzji wyjazdowej pomaga. (Przy pierwszych pakowaniach warto zrobić listę zabranych rzeczy. Po wyjeździe zaznaczyć co się sprawdziło, co nie –  i dodać to, czego zabrakło. Następnym razem wyciągasz tylko listę i… zero stresu).
Dzisiejsza wyprawa zaczyna się od podjazdu KMką do Gołotczyzny. To dobry punkt startowy, po 10km na wjeżdzie do Ciechanowa jest nader przyjazny Orlen, tu zawsze wzbogacam swoje zdrowe domowe śniadanie o solidną porcję wysokokalorycznych grzeszków. Które dają super moc na super start:))
Przemykam przez Ciechanów 

i wyjeżdżam na drogę  do Gruduska. Gdzie pojawił się nowy asfalt!

Na jednym odcinku prace nadal trwają i jest wahadło. Bliżej Gruduska bez zmian. 
Zmiany są natomiast za Gruduskiem na drodze do Krzynowłogi. Pierwsze 2km wyremontowane były już dawno, teraz przyszedł czas na dramatycznie dziurawy ciąg dalszy. Fajnie! (i bez ścieżki:))))

Po kilku kilometrach na nowo budowanym rondzie skręcam na Dzierzgowo. Pamiętam ten fajny odcinek

z wypadu do Nidzicy przez Janowo kilka lat temu. Ale do Wieczfni tędy nie jechałam. Jadę dziś. Jest super!

Okazuje się, że Wieczfnia ma dobre asfaltowe propozycje z każdej swojej strony i świetnym jest dojazdem do serwisówek. Korzystam z wewęszonej w niedzielę ścieżki i przez Pepłowek do samego początku serwisówek docieram.

Tu też łapię mocny wiatr w plecy i do Nidzicy docieram w jakimś rekordowym zupełnie tempie.

Pogoda jest absolutnie fantastyczna,

i cieszę się tym , że tu jestem i tyle pięknych kilometrów jeszcze mnie czeka.

Lekki próbuje się wkraść w mój cudowny nastrój niepokój – zaraz na starcie w Gołotczyźnie zderzyłam się z jakimś latającym potworem, który pożarł mnie dotkliwie. Mimo upływu kolejnych godzin noga cały czas intensywnie boli, a nawet jakby boli coraz bardziej. Mam spuchniętą kostkę, mimo że użarcie nastąpiło dobrych 30cm wyżej, bo pod kolanem. Dziiiiiwne, ale jednak nie zamierzam się tym przejmować. I nie przejmuję się. Do czasu…
Ale zanim czas na przejmowanie się jadem potwora nadejdzie mijam Dorotowo, Stawigudę i już wspinam się na pagór, z którego najpiękniejszy widok na jezioro wulpińskie jest.

Który to widok jest godnym wstępem do dzisiejszej wycieczki epilogu. Czyli przejazdu przez Tomaszkowo, Naterki i Kudypy. Kiedy tylko czas dramatycznie nie goni wjeżdżam do Olsztyna tędy. Nie dość, że droga piękna, to męczącego przejazdu przez miasto oszczędza i prosto nad Ukiel prowadzi. 

Miejscówkę „z widokiem” w Planktonie (oczywiście) sobie zapewniam, wybrawszy uprzednio zacny zestaw gablotkowych smakowitości. Łyżeczką leniwie machając czekam na spektakl. Nie zawiodłam się:)))

Wiatr zupełnie ustał i na wantach gra bardzo cichutko… Cudowny koniec pięknego dnia.

mapa jest tutaj  

  • DST 163.56km
  • Czas 07:37
  • VAVG 21.47km/h

2 przemyślenia nt. „mazurska dwudniówka cz.1

  1. Twoja radość z każdego przejechanego kilometra jest niesamowita, a jeszcze bardziej cieszy jak świetnie umiesz to przekazać innym czyli nam 🙂 Z nowych asfaltów cieszysz się jak dziecko z nowej zabawki, a dobra pogoda wprawia Cię dodatkowo w świetny nastrój 🙂
    Tylko ten krwiożerczy krwiopijca wprowadził nastrój jak u Hitchcocha i oczekiwać będziemy kolejnych emocji 🙂 Ja w każdym razie czekam co dalej… 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *