sobota z odzysku

rano lało beznadziejnie a wróże pozostawali w pełnym niezdecydowaniu co do szans na to, że przestanie. I kiedy. Tudzież czy nie wróci. I o ile tej ostatniej kwestii zgadnąć rano było nie sposób, to szanse na rychłe przejaśnienie wyraźnie sygnalizowały mapy radarowe. Jedyne pewne źródło informacji. Otóż i rzeczywiście – kiedy już powoli godziłam się z myślą, że o ile istotnie opad zdechnie to będzie już tak późno, że żadna fajna traska się nie zmieści – wyszło słońce. Niebieski spięty ostrogą pognał ze wszystkich sił i na sochaczewski pociąg o rozsądnej jeszcze porze zdążył. Zdążyć jedno, wsiąść – drugie. Weekendowymi pociągami późniejszymi notorycznie podróżują gromadne wycieczki, dziś jechało rowerów kilkadziesiąt… Zawsze mnie zastanawia, jak oni się przemieszczają taką liczbą?? Zwłaszcza, że to jazda czysto turystyczna, „na zwiedzanie” (dziś jechali łowić okolice Łowicza). Niemniej grupa sympatyczna, niebieskiego do rowerowego przedziału przygarnęli:)))
No więc grupa pojechała do Łowicza a ja sobie z wiaterkiem sochaczewski lajcik wrzuciłam. Zaczynając od wizyty w Lukrecji i totalnego ciasteczkowego obżarstwa:)))

Pociąg wymroził mnie przeokrutnie, przyszła jesień więc zaczął się sezon chłodzący – klima włączona na maksa, nic nowego. Siedziałam w opasce i rękawiczkach, z którymi w Sochaczewie szybko się rozstałam – słoneczko dopisało i nawet krótki rękawek po południu się pojawił:)))

  • DST 111.84km
  • Czas 05:18
  • VAVG 21.10km/h

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *