Sieraków

zamiast planowanych na dziś fajerwerków niestety niewypał. Dawno nie spotkał mnie taki niemiły sabotaż pogodowy. Jeszcze wczoraj wieczorem wszyscy wróże zapowiadali słoneczko. Po deszczowym wtorku kiedy lało cały dzień i nie dało się nawet na moment oponki wystawić takie zapowiedzi zmobilizowały do wzmożonych działań przygotowawczych. Zasypiam pełna oczekiwań. Pobudka o 5. Kapie! Nic to – rzucam się do laptopa, sprawdzam stanowiska wróży. Wróże zgodnie twierdzą, że mam omamy. W WARSZAWIE SŁONECZNIE głoszą komunikaty.  Wstaję zatem chociaż radary pokazują, że na słoneczko przyjdzie jednak trochę poczekać. Czekam. Czekam. Już siódma… (u wieszczy nadal świeci). Wreszcie wedle ósmej się kapnęli. PRZELOTNE OPADY – zauważyli jakże przytomnie. No żesz. Radar nadal pesymistyczny. Już nie kapie a leje. Żegnam się z nadzieją na dwusetkę i przenoszę się tam gdzie mają gorzej – tym razem zdobywam Everest z Moniką Witkowską. Już kiedyś czytałam jej relację, ale pożyczono mi ją ponownie – tym razem zupełnie nowe wydanie, mnóstwo zdjęć i skusiłam się. W drugim czytaniu podobała mi się znacznie bardziej, nie wciąga co prawda jakoś nadzwyczajnie ale doceniam przejrzystość opowieści i dużą ilość praktycznych informacji (chociaż strasznie mnie męczyło powtarzanie tych samych kwestii).
A już w południe przestało padać i kółeczko sierakowskie udało się zrobić. Na postoju oganiając się od stada komarów odkryłam prawdopodobną tajemnicę moich niezłych średnich z ostatnich wyjazdów. Otóż niebieski zdarł dokumentnie bieżnik z tylnej opony i jedzie na slicku. A to spryciarz:)

  • DST 55.63km
  • Czas 02:36
  • VAVG 21.40km/h

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *