Kujawiaczek

wróże zapowiadali nocne przejście frontu burzowego z zachodu na wschód z postępującym pasem obniżonej do znośnych wartości dwudziestu kilku stopni temperatury. Nie mogłam przepuścić takiej okazji i wybrałam się na wspomnianego  frontu spotkanie:))
Parę minut po ósmej wysiadam z ICka w Aleksandrowie Kujawskim. Tym razem pamiętam, żeby koniecznie ominąć drogę 266 – nie dość, że straszy tam pokaźny pagór, to występuje on w zniechęcającym towarzystwie dziadowskiej, garbatej ścieżki. Po wybojach jechać mi się nie chce, a kierowcy tu nie z tych co wybaczają powolną wspinaczkę pod górę… Przy pierwszej zatem okazji odbijam w kierunku ciekawie wyglądającej na mapie drogi przez Konradowo. Oooo, fajnie jest. Nie ma pagóra, ścieżki ani samochodów. A „91” przecina się akurat przy smacznie wypasionym Orlenie:))
Początkowo planowałam zajrzeć do Ciechocinka, który rano ma bardzo dużo uroku. Nie dla mnie jednak dziś ciechociński spacerek. Inne atrakcje czekają. A żeby je na czas złowić pędzę prosto do Nieszawy.

Nie jestem ja wilkiem morskim, ale jak zamknę oczy to może dam radę???

Nieee, lepiej jednak jak są otwarte:))

Wieje dosyć mocno ale wcale nie buja. I tylko na samym, samiutkim końcu przeprawy kilka mocniejszych bujnięć przy samym już brzegu zaburza moją współpracę z błędnikiem. Kroczkiem nieco chwiejnym opuszczam zatem promowy pokład ale już po kilku chwilach czuję się całkiem nieźle. Ufff:))
Pomysł na promową przeprawę nie miał na celu udowodnienia sobie (i nie tylko) wrodzonej dzielności w pokonywaniu własnych ograniczeń, a przynajmniej nie tylko to miał na celu:)) Od dawna nęci trasa wzdłuż Wisły i inny niż drogą 91 dojazd do Włocławka (tym bardziej, że na końcu tejże 91 wyposażonej w rewelacyjnej jakości asfalt kilometrów przed Włocławkiem 10 pojawia się… tak, tak. Zgadliście. Śśśśśśścieżżżżka). 
Jadę zatem przez totalną (niemal) nadwiślańską pustkę i wypatruję reklamowanego przez MARECKIEGO drogowskazu. 

Do Starego Bógpomoża (???) od dobrych dwóch lat się wybierałam, no i w końcu.  Sama nazwa jakkolwiek dość egzotyczna to jednak wydaje się mieć swój głęboki sens. Bo jakoś tak zaraz za drogowskazem jakość asfalciku w cudowny zaiste sposób poprawia się. Przypadek???
Z uwagi na nawierzchni gładkość ostatnie kilometry przed Włocławkiem bardzo mijają przyjemnie. Sam Wlocławek

po raz kolejny mnie rozczarowuje. Może odkryję jeszcze kiedyś jego ewidentnie mocno skrywane przed światem uroki. Starówka może jakaś?  Bo z mostu widzę (Wy też widzicie:)), że brzeg Wisły zagospodarowany słabo. Na poszukiwania miejsc z klimatem nie mam dziś czasu, chociaż chętnie zjadłabym tu obiadek. Liczę, że za kilka kilometrów smacznych obiadkowych miejsc będzie przynajmniej kilka.  Pierwszy raz bowiem wyjadę z Włocławka przez Wieniec. Wieniec ZDRÓJ. Którego sama uzdrowiskowa nazwa brzmi jakże w kontekście obiadku obiecująco. Nieprawdaż? Nieprawdaż:((
Miejscówka jest tylko jedna (poza tym same domy sanatoryjne wyposażone w stołówki, żadnych gofrów, naleśników – nic. Dacie wiarę??? Jak tu się leczyć w takich warunkach??). Menu nawet fajne (pierogi z łososiem), ale co z tego skoro mimo wczesnej przedpołudniowej pory niedożywionych kuracjuszy cała chmara czeka już przy stolikach (w końcu w stołówce obiad dopiero za godzinę). Pierogi mogą być za 40 minut… No cóż. Nie pierwszy raz pojadę dalej BEZ obiadu. 
Zawodem kulinarnym nie zamierzam się długo przejmować. Spodziewam się bowiem, że tuż za rogiem czekają mnie największe dnia dzisiejszego atrakcje. Odkrywanie serwisówek wzdłuż A1! Początek jest rewelacyjny. Kilka kilometrów super śmigania. Rewelacja. Ale za węzłem z 62 poziom atrakcji przekracza wszystkie moje najśmielsze nawet oczekiwania.

Ulga po wjechaniu na asfalcik trwała minutę. Bo po minucie asfalt ponownie zanikł. Gdzie do czorta jest zaznaczony w mapach Google dalszy ciąg???????
Niewiarygodna prawda jest taka, że ciąg dalszy nie nastąpił. Serwisówki są tylko na mapie. Naiwnym, którzy w ich istnienie uwierzyli pozostało kluczenie po zadupnych wiochach. Kluczenie podjęłam. W jego efekcie dotelepałam się szczęśliwie (jak naiwnie myślałam) do Kruszyna i wojewódzkiej 265 Brześć Kuj. – Kowal. Błogosławiąc fakt wydostania się z tej matni postanowiłam nie poświęcać żadnych zbędnych wyrazów na opis stanu wspomnianej drogi 265. Zauważę może tylko, że stan ten utrzymywał się przez dobrych kilkanaście kilometrów…

Z Kowala (ufff) po niezbyt gładkim (ale jednak bez wykopków) asfalcie szybka dzida do Gostynina – wreszcie była szansa skorzystać z uprzejmości wiatru w plecy (chociaż ten nie zawiódł).  12km przed Gostyninem fajny Orlen z kanapami i stołem na powietrzu.  Zapiekanka caprese będzie dziś moim obiadem. Mogłam trafić gorzej.
Za Gostyninem interesuje mnie kierunek Gąbin, ale zamiast jechać jak cywilizowany człowiek nowiutkim asfaltem Łąck-Gąbin (droga 577) rowerzysta jest tam zmuszony przez kilkanaście kilometrów tłuc się wybojami rzadkiej doprawdy beznadziejności, tworzącymi nie kończący się pas towarzyszącej temu pięknemu asfaltowi żałosnej ścieżki. Dla urozmaicenia treningu po sporawych pagórach duktem tym się wspinając. Wiem to, bo rok temu do Ciechocinka jadąc tę właśnie drogę wybrałam. Znalazłam wówczas objazd przez Korzeń i dziś z niego korzystam. Niestety na drogę 577 wyjeżdżam za wcześnie, do Gąbina jeszcze 8km. Ścieżka nęci, kusi…, ale niedoczekanie. Ryzykuję przebijanie się nieznaną mi drogą prosto na Dobrzyków, do interesującej mnie docelowo drogi 575 przez Słubice – nią będę wracać przez Iłowo i Śladów. Mam nadzieję, że wyczerpałam już przyznany mi na dziś limit drogowych atrakcji – i rzeczywiście. Zamiast piachu nowiutki asfalcik. Dobrze, bo wszystkie moje założenia czasowe dawno odeszły w niebyt. Jest strasznie późno. Droga do Słubic trochę się dłuży, długie proste i sporo szybko jadących osobówek. Dobrze, że na kilku fragmentach zaistniał nowy asfalt – można trochę przyspieszyć. Wiatr cały czas życzliwy ale i tak nad Bzurę

docieram w porze, kiedy planowałam być już raczej bardzo blisko domu. Słabo mi idzie jazda po ciemku i cieszę się, że księżyc trochę nadejście totalnych ciemności oddala. Dzięki jego wybitnej pomocy ostatnie smugi światła widać jeszcze kilka minut po 22. A wtedy jestem już prawie w Dębinie. Uratowana:)))

z oczywistych względów mapy zachęcającej do powtórki tego pasjonującego przejazdu nie będzie:)))

  • DST 251.64km
  • Teren 2.80km
  • Czas 12:01
  • VAVG 20.94km/h

2 przemyślenia nt. „Kujawiaczek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *