Iława opłotkami

trasa, do której prawa autorskie wypożyczyłam od Cyborga. Mam nadzieję, że pozwu za drobne modyfikacje nie będzie:) 
Po falstarcie działdowskim sprzed kilku dni dziś do Iławy dojechać się udało (wyruszyłam odpowiednio wcześniej:))). Za godzinkę jazdy po ciemku w Modlinie czekała pocztówkowa nagroda

a nad Wkrą było już całkiem optymistycznie.

Podczas popasu w Nowym Mieście 

pozbyłam się wreszcie kilku ocieplających warstw – tu temperatura na słoneczku dała komfort termiczny i miłe dwadzieścia kilka stopni (rano było 10 i zupełnie bezwietrznie, też nie najgorzej). Nigdy nie byłam tu tak wcześnie:)))
Droga do Ojrzenia a potem przez Młock i Ościsłowo jak zawsze mija błyskawicznie,

jedzie się świetnie, temperatura rewelacyjna (24), nadal niemal bezwietrznie –  chociaż klimacik robi się nieco nostalgiczny, widać już pierwsze oznaki jesieni…

(klony jak zawsze pierwsze w jesiennym wyścigu.)
Z Chotumia przez Niedzbórz, Drogiszkę i Dalnię droga wiedzie w dużej mierze w dół – wpadam w opcję „relaks łatwej jazdy”, zwłaszcza że trochę zaczyna podwiewać i nie jest to wiatr w nos, a drogę mam rozpoznaną wspomnianym już działdowskim bojem:)))
Przed Kuczborkiem zaczyna się nowe. Z drogi Mława-Żuromin  (którą jechałam krótko, ale zdążyłam sobie przypomnieć, żeby Żuromin z każdej strony omijać szerokim łukiem bo smród z ferm kurzych tu wszechobecnych jest powalający) skręcam w prawo na Niechłonin. Bardzo fajna jest to droga, świetny asfalt, aut niewiele. Parę kilometrów przez Niechłoninem pojawia się też rozjazd z zupełnie nowym (przynajmniej tak wygląda na początku) asfaltem do Działdowa (drogowskaz twierdzi, że jest oddalone o 15km).  Chętnie go kiedyś sprawdzę. 
Na razie po raz kolejny dziś przecinam Wkrę,

ze 3 razy węższą niż w okolicach Borkowa. Ciekawa jestem, w którym miejscu drogi 544 (Działdowo-Lidzbark) wyjadę. I oto jest. Pamiętam to miejsce:))

Teraz kilkaset metrów w lewo i skręt w prawo na Płośnicę i Dąbrówno. Tyle razy mijałam tę drogę i zawsze myślałam, żeby kiedyś ją sprawdzić. Ale nigdy nie wpadłam na to, żeby jechać tędy do Iławy – w tym miejscu raz jeszcze podziękowania dla Cyborga za inspirację:))). Tymczasem droga jest super. Asfalcik może nie z najwyższej półki ale za to klimaty bardzo fajne.

Koszelewy przypominają mi początki eksploracji tych terenów, poznawanie okolic Lidzbarka, pierwszy przejazd przez Jeleń do Koszelew właśnie i Lubawy… Przedzierałam się wtedy przez budowę wiaduktu w Tuczkach, musiało to być zatem gdzieś koło 2012 roku. Od tamtej pory tak mega dużo się w moim rowerowym – i nie tylko – życiu wydarzyło, że mam wrażenie że lat minęło nie sześc ale co najmniej 3 razy tyle. Lubię to uczucie.
……………………………………………………………………………………………………………
W Tuczkach mam na liczniku 180km i nagle się orientuję, że ostatnie jedzonko było jakieś 120km temu. Rzadko mi się zdarza taki absolutny brak głodu – paradoksalnie doświadczam tego na najdłuższych i najbardziej wymagających logistycznie trasach (ostatnio na trzysetce też jechałam 110km bez chęci jedzenia).  Teraz jeść wcale mi się specjalnie nie chce, ale znam siebie na tyle, żeby wykonać ruch wyprzedzający i nie dopuścić do nagłego odcięcia mocy. Zwłaszcza, że w Rybnie pojawia się bardzo zachęcające miejsce.

Pojawia się też stacja Lotos, na której zamierzałam uzupełnić zapasy kofeiny. Niestety podczas pogawędki z panem stacjowym okazuje się, że przyjemna i znana mi droga Rybno-Lubawa, którą zamierzałam jechać jest rozkopana i przejazdu brak (znaków nie ma). Kawy mi się od razu odechciewa bo adrenalina mi skacze aż za wysoko. Czasu do wybranego „dziennego” pociągu mam na styk a tu objazd się szykuje. Najpierw 538 – nie dość, że ruchliwa i o słabym asfalcie to do lubawskiej 541 mocno naokoło dochodzi. Postanawiam zaryzykować przejazd przez Zwiniarz, wygląda że jest to skrót do Lubawy a asfalt wygląda bardzo nęcąco. Rzeczywiście, 6km do Zwiniarza nawierzchnia nówka, super hopeczki, jedzie się świetnie. Potem słabiej, hopeczki znaczy zostają ale asfalcik bardziej podły (niemniej przejezdny). Przez Świniarc wyjeżdża się na 541 około 4km przed Lubawą, akurat w miejscu, gdzie rozpoczyna się lubawska ścieżka. Jest co prawda asfaltowa ale nienawidzę jej (jak wszystkich ścieżek). Nierówno, pod górę wspinam się w żółwim tempie (obok gładziutki nówka asfalcik, żółć mnie zalewa). Wreszcie dopadam Lubawy, nie skręcam na obwodnicę ale rwę jak koń wyścigowy (czas, czas, czas!!!) prosto przez centrum – dużo prościej i dużo krócej. Na skrzyżowaniu „T” skręt w lewo i wjeżdża się idealnie w drogę do Targowiska – wygodnego chociaż mocno niedoskonałego asfaltowo ominięcia krajówki. Na którą wyjeżdżam dopiero niecałe 2km przed Sampławą i przed skrętem w 536 do Iławy. Zostało 13km. Tu asfalt jest super, wiatr pomaga i już wiem, że zdążę. Jak zawsze dojeżdżając do Iławy humor mam rewelacyjny, chociaż wiem, że dziś nie zdążę zajrzeć nad Jeziorak. Nie szkodzi. Nawet ścieżka na ostatnich kilometrach zasługuje na zdjęcie – bo iławska:))

Pocztówka z Iławy dziś wygląda tak, 

ale za to przed 21 jestem już w domu:)))

do dzisiejszej trasy jest oczywiście mapa  

  • DST 234.77km
  • Czas 10:45
  • VAVG 21.84km/h

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *