Dziki Zachód 2016

no dzisiaj to właściwie już ani to za bardzo zachód ani tym bardziej dziki, tytuł bardziej dla podtrzymania ciągłości koszalińsko-warszawskiej trzydniówki. Trochę nowości jednak będzie:) Na razie trochę znanych już ciechocińskich klimatów


kuracjusze jeszcze śpią:)
Śpi też droga 91, którą jadę do Włocławka

do miasta wjeżdża się obwodnicą wzdłuż której biegnie – niestety – ścieżka. Momentami jest dość gładka, ale ma też krawężniki. No i telepię się 8 kilometrów…
We Włocławku planowałam odbić do Wieńca, to takie leśne podmiejskie uzdrowisko, ponoć ładne. Drogę zagradza mi zamykający się przed nosem szlaban. Co uznaję za znak, że Wieniec to może innym razem i odpuszczam. Będę zadowolona z tej decyzji pod koniec dnia:)
Włocławek oprócz urokliwego przejazdu przez Wisłę (zwichrowaną nieco ścieżką) oferuje też mega pagór dla chętnych do Płocka wyruszyć. Co to była za góra (a może po prostu byłam już trochę zmęczona). Kolarz przede mną dziarsko mijający mnie na moście wysiadł już w połowie. W tej sytuacji ja po prostu MUSIAŁAM minąć go na kołach:) Co też uczyniwszy:)))
Na drodze 562 pagórów było jeszcze kilka

a niektóre naprawdę dla sakwiarza wymagające. Lenie przetrwają tu tylko na tabliczce:) Asfalt niestety podjazdów nie ułatwiał, rytych dziur co prawda nie było ale chropawość nawierzchni i wądołowatość zauważalna.
Za Dobrzyniem (co za dziura swoją drogą) wkraczam w województwo mazowieckie

pagóry znikają i zaczyna się typowa mazowiecka nędza

robi się smętnie, słońca ani śladu – chmur nalazło, wiatr boczno-przeciwny… Czas na coś miłego

taka miejscówka nad Wisłą jest ok 12km od Płocka, do którego wjeżdżam forsując kolejny wściekły pagór i odkrywam zaskakujący kościół Mariawitów

a poza tym znane już pocztówkowe widoczki

z Płocka wyjeżdżam drogą na Płońsk, 10km masakry z TIRami aż wreszcie jest skręt na Bulkowo. Tu ciężarówek nie ma ale ruch spory, wszyscy po pracy wracają z miasta. Asfalt słaby. Za pierwszym razem lepiej tę drogę zapamiętałam – wtedy był weekend chyba bo ruch był żadem i jechałam środkiem, dziury w poboczu mi nie przeszkadzały. Teraz morduję się aż do Bulkowa gdzie wreszcie ruch zamiera. Teraz będę krążyć przez wsie okoliczne mocno naokoło, ale przynajmniej oszczędzę sobie jazdy głównymi drogami. W Bulkowie skręcam na Kucice i nie dojeżdżając do nich na Nacpolsk. Tu asfalcik fantastyczny, świeżo kładziony. Na chwilę wychodzi słońce

za Nacpolskiem znajduję przejazd przez Srebrną, dzięki czemu unikam całkowicie jazdy zatłoczoną 50. 8 całkiem miłych kilometrów, ostatnie 2 przez las

i już jestem w Naruszewie. Do Nasielska 30 km, do domu ponad 70. Jest dopiero 19, ale robi się chłodno (17 stopni) i ciemno – całe niebo szczelnie zasnute na buro. Uznaję, że Nasielsk to już prawie Wawa, więc cel wyprawy Z KOSZALINA DO WARSZAWY można uznać za osiągnięty. Nie jestem jakoś przesadnie zmęczona tylko już mi się chyba nie chce. Do Nasielska jadę jedną z moich ulubionych dróg – równy asfalt, fajne hopki i pusto. Pociąg też trafia mi się niemal pusty:)

  • DST 200.32km
  • Czas 09:46
  • VAVG 20.51km/h

 

 

 

do tej wycieczki jest mapa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *